poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 1



W dzikiej furii rozrywałam mężczyznę na kawałki. Nie zostawiłam ani kawałka ciała, o powierzchni większej niż centymetr kwadratowy. Podłoga była cała śliska od krwi. Ja byłam cała w krwi. Ale pierwszy raz od mojej śmierci byłam szczęśliwa. Pierwszy raz podczas mojego życia, cudza śmierć sprawiła mi przyjemność. Ba! Fascynowała mnie. Byłam dumna z siebie.
Dzień, w którym zostałam zabrana do niewoli niemieckiego oficera, był najgorszym dniem całego mojego życia. Tę datę podpisuję jako wstąpienie do piekła. Sądziłam, że Hitler jest największym potworem jakiego świat widział, ale potem zostałam niewolnicą i poznałam Fryderyka. Był on potworem w przenośni i dosłownie.
Pierwszy raz zabrał mnie do łóżka tego samego wieczoru, gdy rozstrzelał moich kompanów. Gdy brał mnie siłą i wbijał się w moje gardło, płakałam. Wzywałam boga z prośbą o wybawienie. Później zrozumiałam, że Boga nie ma, bo gdyby był, nigdy by nie pozwolił, aby tak się stało. A stałam się zabawką.
Byłam ulubioną maskotką niemieckiego oficera wampira. Ze swoją urodą idealnie wpasowywałam się w kanał urody aryjskiej. Fryderyk wmuszał we mnie swoją krew. Działała jak cudowne lekarstwo. Ale ja nie chciałam wyzdrowieć. Chciałam umrzeć. Każdego dnia wypowiadałam te dwa słowa, mając nadzieję, że ktoś mnie posłucha.
Wojna skończyła się. Ale nikt już o mnie nie pamiętał. Wszyscy uznali mnie za martwą w momencie, gdy zostałam zabrana przez Niemców. Tymczasem ja dalej tkwiłam w piekle.
Pewnego dnia los uśmiechnął się do mnie. W każdym razie tak myślałam na początku. Okazało się, że jestem poważnie chora na gruźlicę, która rozwijała się praktycznie od mojego momentu wstąpienia do wojska. Dzięki wampirzej krwi nie było żadnych objawów. Ale umierałam. W końcu. I nawet Fryderyk, swoją obrzydliwą krwią, nie był w stanie nic zrobić. Stwierdziłam, że to dar od losu i cieszyłam się. Tylko, ze los bywa okrutny, a ja się o tym przekonałam na własnej skórze.
Fryderyk nie mógł pogodzić się z myślą, że jego ukochana maskotka umiera. Postanowił mnie przemienić. Zmienił mnie w potwora jakim sam był. Każdego dnia przeklinam ten dzień, że mu się udało. Po tylu latach męczarni zostałam złączona z nim na wieczność. Okazało się, że piekło jest na ziemi, a niebo nie istnieje.
Po przemianie byłam rozszalała z głodu. Zabijałam ludzi nie mogąc zaspokoić swojego apetytu, a Fryderyk bardzo chętnie podsuwał mi następnych. Radował się widząc co wyprawiałam i zastanawiał się głośno, dlaczego tak długo zwlekał z moją przemianą. Ale oboje wiedzieliśmy, że gdybym tylko mogła to bym go zabiła.
Zajęło mi całe lata, aby dotrzeć do momentu w moim życiu, w którym aktualnie się znajdowałam. Widziałam jak świat się zmienia, ale okrucieństwo pozostawało takie same. Swojego pierwszego wampira zabiłam, ponieważ nazwał mnie Charlie. Oderwałam mu głowę i wbiłam nogę od krzesła w serce. Tak właśnie nazywał mnie Fryderyk.
Niemalże skakał z radości, gdy się o tym dowiedział. Był dumny, że wychował mnie na okrutnicę. Wtedy już od dawna nie miałam uczuć. Znałam tylko nienawiść i zemstę. Fryderyk, pomimo swojej inteligencji, był głupi. Na tyle głupi, że leżał teraz w kawałeczkach przede mną, totalnie martwy.
Zawsze uważał, że nigdy nie stanę się na tyle silna, aby przerwać łączącą mnie z nim więź. Twierdził, że nie jestem wampirem wyższej rangi. Niewiele wampirów potrafiło zabić swojego stwórcę. Ja nie miałam z tym problemu. Każdego dnia moja nienawiść do Fryderyka była starannie pielęgnowana i wyrosła na piękny kwiat. Czarna róża z kolcami.
W końcu stałam się naprawdę silna. Czujność Fryderyka była uśpiona, bo nigdy nie pokazywałam jak wielka tak na prawdę jest moja moc. Pozwalałam mu mnie brać siłą w łóżku. Za każdym razem w myślach wyobrażałam sobie jak go morduję. Bo to nie byłoby zabicie. To byłoby okrutne morderstwo z premedytacją.
Nie wiem co sobie myślały wampiry, które nagle się zbiegły. Stałam nad resztkami ciała, cała we krwi z wesołym uśmiechem na twarzy.
- Złapcie Charlie! - krzyknął jeden z nich, a ja rzuciłam długim nożem. Zanim zdążyło się porządnie wbić w jego serce, ja już byłam przy nim przekręcając ostrze.
- Mam na imię Charlotte - wysyczałam wyjmując nóż i jednym ruchem odcinając mu głowę. Potem był już istny chaos.
W klanie nastąpiła prawdziwa anarchia. Zaczęła się walka o władzę. Narobiłam dodatkowego bałaganu zabijając swojego stwórcę na terenie innego klanu. Akurat wtedy znajdowaliśmy się w Nowym Jorku.
Gdy w końcu udało im się mnie poskromić, zamknęli mnie w celi. Prawdopodobnie czekała mnie śmierć, dlatego strażnicy dziwili się niemiłosiernie, gdy sobie z nimi żartowałam.
Minęło kilka dni, ale nie zjawił się nikt z mojego klanu. W końcu przyszła do mnie ruda wampirzyca średniego wzrostu. Odprawiła strażników i oparła się o ścianę naprzeciwko krat. Z nudów ćwiczyłam coś, co wydawało mi się, że jest jogą.
- Jestem Luxuria - odezwała się. Mogłabym ją określić jako słodką. Ale nauczyłam się już, że pomimo tej słodyczy mogła być śmiertelnie groźna.
- Cześć, Lux - odpowiedziałam rozbawiona tą zwykłą pogadanką. - Nazywam się Charlotte - przedstawiłam się wstając i otrzepując spodnie. Ruda parsknęła.
- Charlie, niemiecka maskotka i ulubienica Fryderyka - przypatrywała mi się uważnie.
- Słonko, Charlie zginęła razem z tym sukinsynem tam na górze i zginie każda osoba, która tak do mnie powie - powiedziałam chłodno i wcale nie żartowałam. Potem uśmiechnęłam się sztucznie. - Pochodzę z Francji, nie jestem Niemką. Więc nie mów tak, bo to mnie obraża.
Luxuria roześmiała się. Ślicznie się śmiała. Ogólnie była cała śliczniusia. Kręcąc głową wezwała strażników. Otworzyli kraty, a ja przypatrywałam się im podejrzliwie. Gdy wyszłam, natychmiastowo złapali mnie za ramiona, abym nie była w stanie się im wyrwać. Dodatkowo skuli mi ręce za plecami żelaznymi kajdankami, które zaczynały wchodzić w nieprzyjemną reakcję z moją skórą. Sukinkoty.
- Gotowa na śmierć, Charlotte? - zapytał zjadliwie jeden z wampirów.
- Kolego, śmierć i piekło to moi starzy przyjaciele, więc nie mam się czego bać - zaszczebiotałam słodko i posłałam mężczyźnie całusa. Lux ponownie się roześmiała.  
Wprowadzili mnie do wielkiego pomieszczenia, które spokojnie mogło uchodzić za salon. Zatrzymałam się w przejściu podziwiając wystrój pomieszczenia. Świec było dość sporo, a całość była w wiktoriańskim stylu. Podobało mi się. W rezydencji Fryderyka wszystko było kanciaste i surowe.
- Rusz się, Charlie - warknął mężczyzna popychając mnie, a ja byłam już gotowa udusić go kajdankami, ale powstrzymała mnie Luxuria. Wyglądało to jakby mnie przytulała, ale unieruchamiała mi ręce i trzymała w miejscu. Było w jej spojrzeniu coś pocieszającego i taka iskra, która sprawiła, że posłuchałam jej niemego polecenia.
Ruda skinęła na strażników, aby wyszli. Nie mogłam się powstrzymać i podstawiłam temu wrednemu haka. Spojrzałam wymownie w sufit, gdy się potknął, a Lux parsknęła. Jak umrzeć, to z klasą, a co!
- Luxurio, kochanie, zdejmij jej ten balast - przemówił wampir, który zajmował jeden z foteli.
Byłam zaskoczona, gdy zdjęli mi kajdany. Będąc nadal w szoku pocierałam poparzone nadgarstki. Wampirza lekcja numer jeden! Unikaj żelaza jak tylko możesz. Nie jest zbyt przyjemne w parze z wampirzą skórą.
- Mam na imię Charlotte - powiedziałam do wampira, a w moim głosie słychać było ostrzeżenie. Ten skinął głową na potwierdzenie, że zrozumiał.
- Zabiłaś swojego stwórcę - rzucił lustrując mnie uważnie.
- Nie, ja go zamordowałam odcinając kawałek po kawałku, paluszek po paluszku - na samo te wspomnienie na moich ustach pojawiał się uśmiech. Co ja poradzę, że to była najpiękniejsza chwila w całym moim życiu?
- Wiesz, że skoro zrobiłaś to na moim terenie to mogę cię zabić, albo też wydać twojemu klanowi?
- Ja nie mam klanu - warknęłam przypominając sobie całą tę zgraję okrutników.
- To jak chcesz przetrwać? - miał trochę racji, bo samotne wampiry były łatwym celem i nikt się nie przejmował, gdy któryś z nich zginął.
- Nie ma gorszego piekła niż te, przez które przeszłam - stwierdziłam spokojnie i nawet uśmiechnęłam się lekko do wampira szczerze.
Nie było już chyba niczego, czego bym się obawiała. Wyzbyłam się uczuć. Byłam jak skała. Bez serca, okrutna, mściwa, pełna nienawiści. Śmierć była dla mnie najpiękniejszym prezentem jaki mogłam dostać.
- Lotta? - nawet nie zauważyłam, że drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do środka. Niski głos z wyraźnym angielskim akcentem był znajomy, nawet po tych wszystkich latach. Pierwszy raz, od czasu trafienia do Fryderyka, pojawiło się we mnie jakieś przyjemne uczucie. Niedowierzanie pomieszane z tęsknotą skropione nutką radości.
__________________________________________
Mimo, że rozdział może się wydać trochę nudnawy to go lubię i mi się podoba :)
Ten śliczny szablon wykonała Zielony Kociak z Pandy! Możecie jej w komentarzu zostawić serduszko! <3

Enjoy!

3 komentarze:

  1. Okej... więc tak, trafiłam tu przez bloga pandy, Zielony Kociak stworzyła ci naprawdę piękny szablon.
    Przeczytałam prolog, który szczerze mówiąc nie wzbudził we mnie jakichś szczególnych emocji, a potem pierwszy rozdział...
    Zacznę od tego, że prolog jest bardzo krótki, ale czasem krótkie jest dobre. Nie w tym wypadku. Opisujesz wszystko bardzo zwięźle, przeskakujesz z wątku do wątku (jak to, że brat Charlotty miał dwanaście lat, kiedy zaczęła się wojna - do czego nam to? Czy to ważne? Kto w ogóle zapamięta, że on istniał, skoro jest o nim tak mała wzmianka?). Ponadto mam wrażenie, że na siłę chcesz zrobić ze swojej bohaterki kogoś... "specjalnego". Postradała zmysły, bo jej stręczyciel był dla niej okrutny... z tego co wiem, to po prostu ją gwałcił i poił swoją krwią. W takich momentach kobieta, owszem, prawdopodobnie zamknęłaby się w sobie, szukałaby zemsty (w pewnych przypadkach popadłaby w syndrom Sztokholmski), ale myślę, że tylko naprawdę poważny psychopata potrafiłby się przeobrazić w coś takiego po tak krótkim i praktycznie nic nieukazującym opisie...
    Co do umieszczenia wszystkiego w czasie... domyślam się, że wszystko dzieje się jakoś pod koniec lat 30, potem 40 XIX wieku, czyli w czasie II wojny. Jeśli tak, to pomyśl sama - czy wtedy rzeczywiście szesnastolatki wychodziły już za mąż? Pomyliłaś się co najmniej o wiek, a jeśli dziewczyna jest z Francji i miasta - może nawet o kilka wieków. Takie błędy to oczywiście tylko moje pedantyczne podejście, a może też to, że rozszerzam historię i jestem na to trochę wyczulona...
    Co do budowy dialogów (kurde, pisałam to już tylu osobom, że jestem już zmęczona wytykaniem tego każdemu, ale ktoś mi to kiedyś też napisał i przez to teraz sama piszę lepiej) jest... kiepsko. Podam ci kilka przykładów wypowiedzi, mam nadzieję, że sama dojdziesz do tego, co jest źle, a co dobrze (... daj wędkę, a nie rybę).
    "-Cześć - powiedziała Marcelina. - Fajnie dziś wyglądasz - rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu zaginionej teczki." - ŹLE
    "-Cześć - powiedziała Marcelina. - Fajnie dziś wyglądasz. - Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu zaginionej teczki." - DOBRZE
    Ogólnie nie myślę, że twoje pisanie jest szczególnie złe - jeśli masz już obmyśloną fabułę, to pewnie gdzieś zabrniesz, nie chcę też krytykować twojego stylu pisania, bo każdy ma jakiś swój, niepowtarzalny, który jest ważny. Ale to, że piszesz tak krótkie i mało opisowe zdania jest dość ważną wadą. Myślę, że weźmiesz sobie do serca moje porady.
    Przepraszam, jeśli komentarz wydał ci się zbyt krytyczny, zawsze możesz go usunąć ;)
    Będę na pewno zaglądać, dodam do obserwowanych~!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do krótkich wzmianek o czymś radzę Ci ikomu tego nie wytykać, bo ktoś może specjalnie coś wtrącić (wiem, bo sama tak robię, aby czytelnicy mogli się sami czegoś domyślić ^^). Ale doskonale wiem o co Ci chodzi. Też wiele razy czytałam (i pewnie sama też pisałam) informacje, które były tak zwanymi "zapychaczami".
      Dlaczego uważam, że Charlotte ma złamaną psychikę? Cóż, dla mnie siedemdziesiąt lat przysłowiowego rycia bani to wystarczająco długo, aby stać się na jakiś sposób psychopatą. Punkt dla Ciebie, bo nigdzie nie jest wspomniane ile lat dokładnie minęło, dopiero w drugim rozdziale jest o tym wzmianka :)
      Co do historii, bez bicia przynaję się, że orłem nie jestem! Ale z opowieści dziadków, pradziadków itp. słyszałam, że pobierali się właśnie w takim wieku. Może niekoniecznie we Francji, ale dziękuję Ci za informacje. Podziwiam, żeś taka zdolna i historię lubisz ;p Ja zapamiętuje tylko to, co mi się podoba :)
      No w końcu mi ktoś postawił sprawę jasno z tymi dialogami! Za każdym razem mówiono mi co innego, że już kompletnie zgłupiałam. Dziękuję Ci bardzo! Lesson learned!
      Nie będę usuwać Twojego komentarza, bo dzięki Tobie czegoś się nauczyłam :)

      Usuń
    2. No to się bardzo cieszę :) Powodzenia!

      Usuń

Obserwatorzy